2014.10.18


Opowieść o Turnieju Strzeleckim ku czci Kanclerza Bractwa, co w Bytomiu siedzi

Dwudziestego pierwszego, dnia osiemnastego października roku 2014, gdy liście spadały jak łuski z muszkietu, a wiatr świszczał wśród strzech i kominów, zebrało się godne Bractwo Kurkowe Grodu Bytomskiego na strzelnicy uczelni zwanej Mechaniczno-Elektroniczną, coby przeprowadzić igrzyska wojenne, zwane też zawodami o nagrodę Kanclerza.

W szranki i konkury stanęło trzynaście dusz mężnych, karabiny sportowe bocznego zapłonu dzierżąc, a celując na dwadzieścia i pięć kroków (czyli metrów, jak mawiają nowożytni), stojąc jak husar w pełnym rynsztunku. Każdy celował jakby mu życie i honor bracki od tego zawisły, a śrut świszczał w powietrzu jak diabli nad karczmą.

Po długiem strzelaniu, gdy dym opadł, a kruki z pobliskiej wieży wróciły na swe gniazda, Brat Lucjan Kieżkowski, mistrz rachunków i sumienności, zasiadł przy stole i punktów zliczał, liczył, aż oczy mu się od celowników śmiały. I rzecze: "Oto mam! Zwycięzca znany!"

A był nim nie kto inny, jeno Brat Tomasz Dylong – celny jak sokół, prędki jak błyskawica. Zostawił w tyle znamienitych strzelców: Aleksandra Słotę, Janusza Słowińskiego, Andrzeja Suchanka, Jerzego Słodkiego i Jerzego Lecha – mężów, co nie jedną tarczę już zestrzelili, a i niejedną opowieść przy piwie roztoczyli.

Kanclerz nasz dostojny, Brat Dariusz Woźnicki, hojny niczym magnat litewski, podarował nagrody dla trzech najcelniejszych, a dla wszystkich finalistów – dyplomy, pergaminy, a może i całusy (ale tylko duchowe).

Turniej przeszedł do annałów bractwa jako dzień chwały, śmiechu i strzelania, a wieczór zakończono zapewne jak Pan Bóg przykazał – śpiewem, jadłem i butelką nalewki domowej roboty.

(MW)

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 wyniki i rozrachunek brackich ćwiczeń strzeleckich  ⟩⟩⟩ 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz