2017.02.07


163. rocznica Powstania Styczniowego - „Bitwa o Sosnowiec”

Na wezwanie i łaskawe zaproszenie Pułkownika Zbigniewa Piątka tudzież Pana Arkadiusza Chęcińskiego Prezydenta miasta Sosnowca przybyła do owego grodu delegacyja Bractwa Kurkowego Grodu Bytomskiego, aby świadectwo pamięci dać i cześć należną oddać sprawom dawnym, a krwią przodków uświęconym. Działo się to w czasie wspomnień sto sześćdziesiątej trzeciej rocznicy Powstania Styczniowego, kiedy to lud wierny Ojczyźnie przypominał sobie zmagania i bitwy, które w lutym roku Pańskiego tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego na ziemiach dzisiejszego Sosnowca miały miejsce.

W owych dniach, gdy zima sroga trzymała, a serca gorętsze były niźli ogień, oddziały powstańcze w Maczkach, Pogoni i na traktach pobliskich z bronią w ręku wystąpiły przeciw wojskom carskim. Nie bacząc na przewagę nieprzyjaciela mężnie stanęli w boju dając jawny znak sprzeciwu wobec jarzma moskiewskiego i ukazując niezłomną wolę ku wolności i niepodległości skierowaną. Były to jedne z pierwszych bitew i poruszeń zbrojnych w Zagłębiu Dąbrowskim, a echo ich daleko się niosło po wsiach i miastach.

Aby te czyny nie uległy zapomnieniu miasto Sosnowiec sprawiło uroczystości godne i podniosłe, podczas których składano kwiaty i wieńce pod tablicą poświęconą Powstańcom Styczniowym. Odbył się też apel pamięci i wspólne oddanie czci bohaterom roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego, których męstwo i ofiara do dziś w sercach potomnych trwają.

Wielką ozdobą obchodów była rekonstrukcyja bitwy o Sosnowiec, która w sposób żywy i przejmujący ukazała przebieg dawnych walk. Dzięki tej inscenizacyi zgromadzeni mogli pojąć jakowe były realia tamtej epoki, jak noszono mundury, jakiej broni używano i jak wielki był dramat powstańczych zmagań gdy los Ojczyzny ważył się w każdej chwili. O przebiegu rekonstrukcyi i o samych wydarzeniach wojennych rzecz jasną i uczoną przedstawił profesor doktor habilitowany Dariusz Nawrot dyrektor Instytutu Zagłębia Dąbrowskiego, który słowem swoim przeszłość ku teraźniejszości przybliżył.

Nie mniejszą nauką i wzruszeniem była wystawa pamiątek z czasu Powstania Styczniowego, sporządzona staraniem Stowarzyszenia SEH Szaniec 1863. Na niej to oglądać było można dokumenty, prawdziwe grafiki, odznaczenia i różne przedmioty z walką o wolność związane, które niczym niemi świadkowie opowiadały o trudzie i poświęceniu tamtych dni.

Całe obchody miały charakter uroczysty i poważny, a zaszczycili je swą obecnością przedstawiciele władz miejskich z samym Prezydentem Sosnowca Arkadiuszem Chęcińskim na czele. Tak tedy wspólnota miasta, bractw i obywateli dała dowód iż pamięć o czynach ojców nie ginie, a duch wolności w narodzie naszym trwa po dziś dzień.

(fot.UM/Mariusz Binkiewicz)

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 


2026.01.07


Pierwsze brackie spotkanie spisane o braciach bytomskich, jubileuszu nadchodzącym i pucharze, którego Andrzej pożądał najbardziej

Zaraz po święcie Trzech Króli, dnia siódmego stycznia roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego szóstego, zgromadziła się brać kurkowa w zacnych murach Bractwa Kurkowego Grodu Bytomskiego, aby po raz pierwszy w tym nowym roku obradować, radzić i jak zawsze nieco się pośmiać. Było to zebranie comiesięczne, lecz wagą swą przewyższające niejedno inne, albowiem myśli wszystkich biegły już ku czterdziestoleciu reaktywacji naszego bractwa, jubileuszowi okrągłemu jak puchar wypełniony po brzegi.

Rozprawiano tedy długo i szeroko o tym, jakże godnie uczcić tę rocznicę, kogo zaprosić, jakie chorągwie wystawić i jak sprawić, by oko się radowało, a serce rosło. Mówiono o pocztach sztandarowych, o planie obchodów i o tym, by niczego nie zaniedbać, bo historia patrzy, a kronikarze ostrzą już pióra. Głosy wznosiły się i opadały jak na sejmiku, lecz zgoda panowała, bo gdy idzie o chwałę bractwa, wszyscy jednym strzelają celem.

Najdonioślejszym jednak momentem było wystąpienie Hetmana Bractwa, Mirosława Strachoty Gorzyckiego, który niczym pan możny i hojny wystąpił z darami. Wręczył on okazały puchar, błyszczący tak, iż niejeden brat mrużył oczy, a przeznaczony dla najlepszego strzelca roku dwa tysiące dwudziestego piątego. A któż nim został, jeśli nie brat Andrzej Suchanek, mąż znany z tego, że cel ma pewny, rękę twardą, a i ambicję niemałą.

Trzeba bowiem rzec bez wstydu, iż puchar ten był jedynym, którego w kolekcji Andrzeja brakowało. I jak powiadają złośliwi, przez cały rok patrzył nań łakomym okiem, niczym kawaler na pannę za miedzą, wzdychał, ćwiczył i strzelał, aż pot lał się po czole, a języki po karczmie. Walczył zażarcie, bo nie lubi, gdy coś mu się wymyka z rąk, zwłaszcza gdy kształt ma obły, lśniący i tak dobrze leży w dłoniach. Gdy wreszcie puchar trafił w jego objęcia, uśmiech miał taki, że niejedna panna by się zarumieniła, a bracia tylko mrugali porozumiewawczo, wiedząc, iż Andrzej, gdy już coś dopadnie, nie puszcza łatwo.

Tak oto zakończyło się owo zebranie, pełne powagi i śmiechu, planów wielkich i żartów rubasznych. A jeśli kroniki przyszłe będą o tym pisać, niech wiedzą, że w Bytomiu strzela się nie tylko do tarczy, lecz i do serc, a puchary zdobywa z zapałem godnym najlepszych czasów dawnej Rzeczypospolitej.

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 zmagania o nagrodę Hetmana  ⟩⟩⟩ 


2026.02.07


Wieść o Zawodach Strzeleckich i o Kurku Piwnym, Roku Pańskiego 2026

Miłościwi Czytelnicy i łaskawi Goście tej kroniki, słuchajcie a czytajcie, boć rzecz się stała godna zapamiętania, śmiechu i mrugania okiem spod kaptura. Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego szóstego, dnia siódmego lutego, gdy mróz szczypał w nosy, a piwo w piwnicach tęsknie bulgotało, zebrało się Bractwo Kurkowe Grodu Bytomskiego, by sprawdzić, komu ręka najpewniejsza, oko najostrzejsze, a nerw najmniej drżący po świątecznych biesiadach.

Były to pierwsze zawody owego roku, przeto każdy brat stawał do strzału z sercem bijącym jak dzwon w kolegiacie. Broń długa pneumatyczna poszła w ruch, dystans dziesięć kroków mierzony, postawa stojąca, a stać trzeba było twardo, nie jak po trzecim kuflu, lecz jak po pierwszym, gdy człek jeszcze wierzy w cnotę i prostą linię. Dziewiętnastu strzelców stanęło w szranki, jedni z miną mnicha, drudzy z uśmiechem karczemnym, a trzeci tak skupieni, jakby cel był nie z papieru, lecz z samej niewieściej pokusy.

Gdy proch nie był sypany, boć czasy inne, a powietrze tylko syknęło, nadszedł finał, gdzie sześciu najlepszych braci chwyciło broń krótką. Tu dopiero działy się rzeczy, o których kronikarz rumieni się pisać, albowiem ręka krótsza, broń mniejsza, a emocje większe, więc i drżenie palca mogło zdradzić więcej niż niejedna spowiedź. Tarcza zaś była malowana osobliwie, tak iż niejeden brat celował długo, nie wiedząc, czy strzela w środek, czy tylko się zapatrzył jak czeladnik w dekolt karczmarki.

Zwycięzcą całego turnieju został Brat Jacek Trembaczowski, który w finale trafił tak celnie, iż aż echo po strzelnicy poszło, a zazdrość w sercach innych braci zapiekła niczym chrzan do kiełbasy. Lecz tytuł Kurka Piwnego ad dwa tysiące dwudziesty szósty przypadł Bratu Jerzemu Lechowi, który udowodnił, że piwo i precyzja mogą iść w parze, byle kufel był po strzelaniu, a nie przed, choć niektórzy twierdzą, że jedno piwo na odwagę czyni cuda równie wielkie jak modlitwa do świętego Huberta.

A gdy w Bytomiu kule świstały, gdzieś na śląskiej ziemi, nie wiadomo dokładnie gdzie, bo kronikarz miał już pióro umoczone w piwie, rozegrano Mistrzostwa Strzeleckie Trzynastej Śląskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Tamże Brat Sebastian Orlicki pierwszy był nad wszystkich, czym chwałę przyniósł i sobie, i Bractwu, i całemu stołowi, przy którym potem o tym opowiadano, coraz szerzej rozkładając ręce i coraz grubiej koloryzując.

Tak oto strzelano, pito, śmiano się i patrzono znacząco, a kto nie był, niech żałuje i szykuje się na następny raz, bo w Bractwie Kurkowym nie tylko kura bywa strzelana, ale i ambicja, i honor, i czasem coś jeszcze, o czym przyzwoity kronikarz woli tylko mrugnąć okiem.

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 zmagania strzeleckie  ⟩⟩⟩ 
 zmagania o nagrodę Hetmana  ⟩⟩⟩ 


2025.11.11


Chwała Odrodzonej Ojczyzny w Dniu Pamięci Narodu

Ano tedy powiem Wam, jako w kronikach najstarszych zapisano by, iż dnia jedenastego listopada Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego Rzeczpospolita cała w zadumie i uniesieniu wspominała sto siódmą rocznicę odzyskania swej wolności, tej świętej perły wyrwanej z kajdan niewoli, które przez sto dwadzieścia i trzy lata żelazną dłonią mocarstw europejskich były na nią zaciśnięte. I oto znów chwała uniosła się nad ziemiami Lechitów, a lud wszelaki sercem pełnym wdzięczności wspomniał dni, gdy Polska z popiołów powstała jako orzeł skrzydlasty, którego żaden najeźdźca ujarzmić nie zdołał.

Tegoż dnia bracka nasza reprezentacja, jako wierna córka Ojczyzny, stanęła w szeregu w obchodach owego święta zacnego. Najpierw w świątyni świętego Jacka odprawiona została msza za kraj umiłowany, za ziemię przodków naszych, za krainę, której losy pisano krwią, odwagą i niezłomnością. W ciszy modlitwy brzmiały głosy pokoleń minionych, jakoby zza zasłony dziejów wołających o jedność, pamięć i miłość do tej ziemi, którą Bóg nam zadał.

Po nabożeństwie ruszył orszak dostojny przez ulice Bytomia. Chorągwie łopotały na wietrze, jakby same pragnęły opowiedzieć historię wolności, a stopa ludu polskiego brzmiała rytmem serc złączonych w uniesieniu. Orszak ów dotarł pod Pomnik Wyzwolenia, gdzie złożono kwiaty na cześć tych, co wolność naszą krwią swą opłacili. Tych, których już między nami nie ma, a którzy w chwale stoją u wrót wieczności, strzegąc ducha naszej ziemi. Cześć ich pamięci, albowiem pamięć o nich jest jak światło, które nigdy nie gaśnie, gdyż płonie w sercach żywych jak gorejący znicz, co wiekuista nadzieję niesie.

I powiem jeszcze, iż w tym dniu, co tak dostojny był i pełen chwały, zdało się, że sama Ojczyzna unosi się nad ludem jako matka ukochana, wyciągająca ramiona ku synom i córkom swoim, prosząc jeno o jedno: aby miłość do niej trwała po wsze czasy. Bo narodowi, który pamięta, nigdy nie zgaśnie przyszłość, a wolność jego będzie twardsza niźli skała i jaśniejsza niźli zorza nad Wisłą.

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 


2025.10.25


O Turnieju, Co pod Okiem Pani Kanclerz się Odbył

W Roku Pańskim dwa tysiące dwudziestym piątym, dnia dwudziestego piątego października, zebrała się dziatwa rozmaita na strzelnicy, gdzie Pani Kanclerz nasza miłościwa postanowiła igrzyska sprawić, by komu oko nie zaschło z nudów, a komu ręka nie skostniała od bezczynności. Jako żywo, lud się zjechał liczny, jedni w kontuszach, drudzy w kubrakach, a trzeci tak z przypadku, bo pono gawiedź wszędy nosi ciekawość jak pchłę w rękawie.

Pani Kanclerz obwieściła, iż nagrodą najświętszą i najzacniejszą będzie tarcza drewniana rzezaniem kunsztownym ozdobiona. Wielu już oczyma duszy swej widziało ją nad łożem wiszącą, jak patrona od spraw wszelakich, co to czuwa nocą, gdy człek chrapie jak niedźwiedź w gawrze. Jednak los okrutny zakpił nieco, bo na tarczy nie oblicze Pani Kanclerz jaśniało, jeno jakiś jegomość w kontuszu, co ani jednym okiem nie przypominał naszej dobrodziejki.

Ledwo jednak lud ponarzekał, zaraz wszyscy powrócili do tego, co najważniejsze, czyli do strzelania, bo to przecie rzecz, dla której tam przyszli, a nie dla filozofowania. Walka była tak zażarta, że aż powietrze drżało jak galareta na stole u wójta. Każdy strzelał z karabinu sportowego bocznego zapłonu na dwadzieścia i pięć kroków miary współczesnej, stojąc jako dąb, co go żadna wichura nie ruszy. Podpórki wszelakie zakazane, bo to igrzyska, nie leniuchowanie, a kto by śmiał kombinować, ten rychło poznał gniew organizatorów.

Aż w końcu nastała godzina rozstrzygnięcia. Najcelniej strzelił brat Jacek Trębaczowski, co to pono od dziecka miał taki wzrok, że mógłby komara w półmroku z postury rozpoznać.

Drugą była białogłowa Kamila Watoła, znana w okolicy z tego, że nawet stojąc wśród gawiedzi potrafiła wyłowić każdy szept i plotkę, więc nic dziwnego, że i oko miała bystre jak sokół. Trzeci zaś był brat Sebastian Orlicki, który sam przyznał, że broń lekka jest mu obca, bo ręce jego pamiętają raczej ciężary tak wielkie, iż nawet bazooka to dlań coś jakby fujarka pasterska.

Nie zapomniano też o młodziankach naszych dzielnych, co to w potyczkach własnych sił próbowali. Najlepszym spośród nich okazał się młody Kamil Cudok, chłek zwinny i bystry, któremu trafianie w tarczę przychodzi tak łatwo, jak innym trafianie pod stół po trzecim kielichu.

Tak oto zakończyły się te zacne zawody, z których każdy odszedł rad, a niektórzy nawet trzeźwi, co na imprezie strzeleckiej cudem niemal bywa. I niechaj pamięć o tym dniu trwa, póki proch nie zwietrzeje, a strzelcy nie zapomną, że dobre oko to skarb, ale dobry humor to skarb większy jeszcze.

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 zmagania strzeleckie  ⟩⟩⟩ 


2025.11.11


“Strzelanie Obywatelskie” ad 2025

Ano słuchajcie, Waćpanowie i Waćpanny, co się w grodzie naszym bytomskim dnia jedenastego listopada Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego zadziało. Gdy cała Rzeczpospolita świętowała swą Niepodległość, Bractwo Kurkowe Grodu Bytomskiego rzekło sobie: „Nie będziem jeno w domu przepiórek zajadać i hymnu nucić, jeno strzelać będziem, jako przystało na ludzi wolnych, odważnych i nieco przygłuchych od huku!”. Tak oto narodziło się Strzelanie Obywatelskie, impreza nie lada, choć jak to w naszym grodzie bywa, rozgłos miała taki, jak kazanie proboszcza w karczmie po północy.

Bo widzicie, Ratusz nasz umiłowany znów urządził se swoje igrzyska, do których nas, Braci Kurkowych, nie raczył zaprosić. Ot, znów zostaliśmy na uboczu tego miejskiego tańca godowego urzędników, którzy klepią się po plecach niczym koguty na wiosnę. Lecz cóż to! Bractwo się nie obraża, Bractwo działa! I choć włodarze miasta nie przybyli, ni prezydent, ni nawet cień jego sekretarza, to i tak zawody odbyły się z takim wigorem, że i nie jeden kronikarz by pióro swe z podziwu pogubił.

Na strzelnicy stanęło dwudziestu śmiałków, białych i brodatych, młodych i doświadczonych, męskich i niewieścich, a każdy z karabinem sportowym kalibru pięć i sześć dziesiątych milimetra, co to głośno trzaska, lecz nie zabija, ino dumę trafia. Postawa była stojąca, jak przystało na ludzi honoru, a dystans dwadzieścia i pięć metrów - tyle, by oko sprawdzić, a nie zgubić cel w zaroślach.

Ach, cóż to była za konkurencja! Ołów świszczał, tarcze jęczały, a duch rywalizacji wznosił się nad strzelnicą jak dym z fajki sołtysa po niedzielnym obiedzie. Bracia Kurkowi trzymali nad wszystkim pieczę, zerkając srogo, by nikt nie próbował trafić w coś więcej niż tarczę, bo choć zabawa była przednia, to regulamin srogi niczym teściowa po poście.

A gdy kurz opadł i proch przestał pachnieć zwycięstwem, ogłoszono triumfatora. Wszyscy zamilkli, a strzelmistrz donośnym głosem rzekł: „Zwycięzcą został Lech Krzysztof, co zdobył trzydzieści i siedem punktów z pięćdziesięciu możliwych!”. Rozległy się wiwaty, kufle stuknęły, a w powietrzu uniósł się zapach dumy i kiełbasy z grilla.

Tak oto zakończyło się Strzelanie Obywatelskie Roku Pańskiego 2025, bez fanfar miejskich, lecz z sercem większym niż budżet Ratusza. A my, Bracia Kurkowi, rzekliśmy sobie: niechaj inni bawią się w swoje urzędnicze maskarady, my mamy swoje zmagania, śmiech i proch, co łączy ludzi lepiej niż wszystkie uchwały razem wzięte.

I tak, mili moi, kończę tę opowieść, wznosząc czapkę z piórkiem ku niebu i powiadając: Niech żyje Bytom, niech żyje Niepodległość i niech nigdy nie zabraknie prochu ani humoru w sercach prawych obywateli!

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 zmagania obywateli  ⟩⟩⟩ 
 zmagania braci  ⟩⟩⟩ 


2025.09.27


Jak to Bractwa Kurkowe o Bytomskiego Lwa Śpiącego wojowały, a siostry brackie swym wdziękiem zawody zdominowały

Tego dnia pańskiego Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego w dzień dwudziesty siódmy miesiąca września na strzelnicy tarnogórskiej Braci Kurkowych działo się zacnie i hucznie. Zjechało się cnych gości więcej niż beczek miodu w karczmie, a do samego boju stanęło czterdzieści dusz, braci i sióstr mężnych i hardych co to rękę mają pewną, oko bystre a ducha ochoczego.

Po całej strzelnicy szum niósł się niczym po jarmarku, broń powietrzna krótka i długa parskała świstem i niby to smrodem prochu jak koń bojowy w polu. Nie darmo oni tak się starali bo nagrody im przeznaczono nie byle jakie dyplomy i puchary dla wszystkich a nadto statuetkę Bytomskiego Śpiącego Lwa zwierza tak leniwego iż sam Teodor Kalide rzeźbiarz z dziewiętnastego stulecia w odlewie go utrwalił by spał po wsze czasy, choć jego dzieła stoją dziś w miejscach tak dostojnych, że nawet królowie muszą zdejmować kapelusze.

W zmaganiach o tę że statuetkę lwio śpiącą zwyciężył nasz brat Paweł Galwas z Bractwa Kurkowego Grodu Bytomskiego, co to choć lwem się nie zowie, pazur pokazał i niejedno serce pańskie rozkołysał celnym strzałem. W zamkowych strzelaniach z karabinkiem powietrznym triumfowała siostra Magdalena Piech z Pszczyńskiego Bractwa Kurkowego, co to oko ma ostrzejsze niż sokół nad knieją, a przy tym uśmiech taki, że niejeden brat zapomniał napiąć kuszę. W rywalizacji o Tarczę Zamkową zwyciężył brat Tomasz Witkowski też z Pszczyny rodem, a w zmaganiach o Puchary Zamkowe znów taż sama Magdalena Piech pokazała, że nie tylko miód pitny zna smak ale i trofea zbiera niczym róże w ogrodzie.

Tak tedy bracia i siostry z Pszczyńskiego Bractwa niczym husaria na skrzydłach wicher roznosiły przeciwników, a przy okazji roztaczały czar i wdzięk tak, że nawet śpiący lew chciał się przebudzić by popatrzeć. Na szczęście w bytomskich szeregach mamy Pawła Galwasa, co nie pozwolił lwowi zasnąć na wieki i przypomniał wszystkim, że Bytom także potrafi strzelać prosto w cel i w serce. Wszystkim zwycięzcom składamy pokorne gratulacje, a wszystkim co strzelali i gościli niech się miód w gąsiorach nie kończy, a oczy błyszczą tak jak u naszych dam kurkowych.

Niechże też każdy pamięta o naszym kasztelanie Andrzeju Suchanku co to zawody owe sprawił i zorganizował, Śpiącego Bytomskiego Lwa ufundował, tak że nawet król Jegomość by się nie powstydził, a może gdyby był to i sam spróbował szczęścia na strzelnicy. A naszym damom kurkowym za pyszne strawy i przekąski dziękujemy z ukłonem głębszym niźli studnia w zamkowym dziedzińcu bo i strawy smakowały tak, że niejeden brat po cichu żałował iż turniej zakończony i przy stole kończyć trzeba.

 pismo należycie do wydrukowania przysposobione  ⟩⟩⟩ 
 zmagania zamkowe karabinowe  ⟩⟩⟩ 
 zmagania zamkowe o Tarczę Zamkową  ⟩⟩⟩ 
 zmagania zamkowe o Puchary Zamkowe  ⟩⟩⟩