A tedy, miłościwi bracia i cne siostry, stało się i to, co stać się musiało, albowiem każdy sezon strzelecki ma swój koniec, jak każda beczka miodu dno, a każdy strzelec moment, gdy ręka już nie od strzelania, lecz od biesiady drży. Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego zamknęliśmy sezon nasz strzelecki, czterdziesty już od owej pamiętnej reaktywacji, kiedy to bractwo nasze z martwych wstało, jakoby Łazarz, jeno zamiast prześcieradła miało pas strzelecki i szblę, a zamiast cudów celne oko i jeszcze celniejszy język.
Już za trzy miesiące, trzynastego dnia marca przyszłego roku, świętować będziem rocznicę tak okrągłą, iż niejedna głowa od wspomnień i trunków się zakręci. Przez te lata przewinęło się braci tyle, że i sam Długosz pióro by połamał, a ilu odeszło, ilu przyszło, a ilu tylko zajrzało i uciekło, gdy zobaczyło wyniki tarcz, tego dziś nikt nie zliczy, bo kroniki w pewnym czasie spały snem grzesznika po uczcie.
Dnia szóstego grudnia, kiedy to Mikołaj już ostrzył sanie, a strzelcy raczej celowniki, a bywało, że i spojrzenia znaczące, odbyły się ostatnie zawody sezonu. Osiemnaścioro strzelców i strzelczyń stanęło w szranki, a niewiasty, jak to u nas bywa, nie tylko dorównały braciom, ale i niejednego zawstydziły, że mu kula nie tam poleciała, gdzie patrzył. Najlepszym przykładem była nasza pani Kanclerz, zacna, szlachetna i urodziwa, która wygrała zawody, trafiając w dziesiątkę częściej niż niejedno spojrzenie trafiało w nią, ach, jakże rozproszone były wtedy celowniki.
Strzelano z karabinu sportowego bocznego zapłonu, stojąc, na dystansie dwudziestu i pięciu metrów, co jednych prostowało jak świecę woskową, innych zaś chwiało jak po trzecim kielichu. Gościnna strzelnica w bytomskiej szkole mechaniczno-elektronicznej przyjęła nas godnie, a echo strzałów mieszało się tam z westchnieniami ulgi i westchnieniami zawodu, czasem trudnymi do odróżnienia.
Zawody te przypieczętowały też rywalizację o miano najlepszego strzelca tegoż roku, którym został Brat Andrzej Suchanek, mąż celnego oka i spokojnej dłoni. Nagrodę swą odbierze on z rąk Hetmana na styczniowym spotkaniu, a już dziś ćwiczy uśmiech skromny, choć wiadomo, że duma w nim pęcznieje jak ciasto na święta.
Nie zabrakło też, jak zawsze, drobnego poczęstunku, coby strzelec nie był suchy jak proch, ani wręczania nagród, które cieszą duszę, ego i dają powód, by jeszcze długo po zawodach opowiadać, kto komu i gdzie trafił. I tak, z uśmiechem, mrugnięciem oka i rubasznym śmiechem, zamknęliśmy sezon, gotowi wrócić silniejsi, weselsi i, miejmy nadzieję, jeszcze bardziej celni, bo w naszym bractwie strzela się nie tylko z broni, ale i z dowcipu.
Choć strzelanie ustało, to bracka radość nie zna postu, albowiem przed nami jeszcze biesiada opłatkowa, gdzie łamać będziem opłatek, składać życzenia słodkie jak makowiec i czasem tak dwuznaczne, iż nawet karp by się zarumienił. Będą życzenia zdrowia, celnego oka i by w nowym roku nie tylko do tarczy, ale i do stołu trafiać bez pudła.
pismo należycie do wydrukowania przysposobione ⟩⟩⟩
zmagania strzeleckie ⟩⟩⟩
zmagania o nagrodę Hetmana ⟩⟩⟩












































