Na leśnej strzelnicy w Dzierżnie zebrała się bracka drużyna, niewielka wprawdzie, lecz serca mająca jak dzwony kościelne, a gardła suche jako piaski nad Wisłą. Czternaście było dusz strzeleckich, co to karabin sportowy bocznego zapłonu w dłonie chwyciły i z powagą, jakby na królewskie łowy, do dystansu pięćdziesięciu kroków się ustawiły. Stali prosto, choć niektórzy po wczorajszym miodzie pitnym chwiali się jak młode osiki na wietrze, a jeden brat, gdy celował, tak zmrużył oko, iż wyglądał, jakby dziewce spod płota mrugał, a nie do tarczy.
Strzelano godnie, choć i śmiech bracki rozbrzmiewał, gdy kula jednego z braci poszła w las, aż wiewiórka z drzewa spadła, a on sam przysiągł, iż to była kula ostrzegawcza, by zwierzynę do modlitwy nakłonić. Wtem do finału sześciu najlepszych przystąpiło, a system australijski tak ich mieszał, jak gospodyni kluski w garze. W końcu zwyciężył, jak to już bywa, niezawodny brat Andrzej Suchanek, co to oko ma bystre jak sokół, a rękę pewną jak karczmarz przy nalewaniu. Otrzymał tytuł Mistrza Strzelby, a bracia wiwatowali, choć jeden z tyłu mruknął, iż Andrzej to chyba śrut w kieszeni nosi na szczęście, a może i dziewka mu rano dobrze życzyła, co ponoć też celność poprawia.
Nie lada atrakcją było też strzelanie z łuku refleksyjnego, gdzie Skarbnik Bractwa w skrócie tłumaczył, jak cięciwę naciągać. Tłumaczył tak krótko, iż jeden brat naciągnął za mocno i aż mu pas puścił, co zgromadzonych do rechotu doprowadziło, bo spod kaftana ukazały się gacie w czerwone koguty.
Tak tedy dzień minął w wesołości, a choć kule nie wszystkim leciały prosto, to języki chodziły żwawo, a śmiech niósł się po borze. I powiadają starzy bracia, iż lepiej strzelić w bok, a śmiać się razem, niż trafić w środek i siedzieć jak mnich na poście, bo w bractwie nie tylko celność się liczy, ale i rubaszność, co serca rozgrzewa bardziej niż najtęższy miód.
pismo należycie do wydrukowania przysposobione ⟩⟩⟩
zmagania o nagrodę Hetmana ⟩⟩⟩
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz